piątek, 12 maja 2017

Jak spełniać marzenia...




Każdy człowiek nosi w sobie marzenia. Czasami są one zwyczajne, a innym razem wyjątkowe. Tak wyjątkowe, że trudno nam sobie samym wyobrazić jak to będzie gdy marzenia te staną się rzeczywistością.



Ten tekst jest o spełnieniu wyjątkowego marzenia! Jego bohaterką jest modelka - Rebeka Marine z New Jersey. Piękna dziewczyna, która urodziła się bez prawego przedramienia. I chociaż od zawsze marzyła o tym by chodzić po wybiegach, to droga do spełnienia marzeń nie była prosta. Jak sama przyznała, niepełnosprawna dziewczyna nie była mile widziana w agencjach modelingowych.

Los dla Rebeki był jednak łaskawy. Kiedy w 2011 roku otrzymała bioniczną protezę z zaawansowaną technologią sterowania gestem, postanowiła kolejny raz zawalczyć o swoje marzenia. Cztery lata później, jako 28 - latka wzięła udział w pokazie marki FTL Moda podczas Nowojorskiego Tygodnia Mody i tym samym przeszła do historii modelingu, pokazując światu, że wybieg może być otwarty również dla osób niepełnosprawnych. 
Od tej pory nowoczesna proteza stała się znakiem rozpoznawczym modelki, a agencje modelingowe zaczęły zabiegać o udział Rebeki w pokazach. Dziewczyna współpracowała z takimi czasopismami jak: TIME, People Magazine, US Weekly, Cosmopolitan, Teen Vogue, Daily News i wiele innych, przez co jej twarz rozpoznawana jest przez tysiące ludzi na całym świecie.

Marine jest nie tylko modelką. Jest ambasadorem projektu Lucky Fin, organizacji non-profit, która wspiera osoby z niepełnosprawnością kończyn górnych. Jest również ambasadorem marki Touch Bionics - producenta jednej z najbardziej zaawansowanych rąk protetycznych na świecie.

Jako ambasador podróżuje po kraju i prowadzi warsztaty motywacyjne dla osób niepełnosprawnych. Uczy jak ważne jest pokonywanie lęków i barier w drodze po sukces. Mówi o tym, że ważne jest bycie życzliwym dla innych, ale ważne jest również bycie miłym dla siebie samego. Przypomina o akceptacji rzeczy, których nie możemy zmienić.

Ostatnio pod jednym ze swoich zdjęć na fb napisała: "Najlepszą częścią tego, co robię, jest edukacja dzieci o osobach z niepełnosprawnością. To dla mnie ważne, że przyszłe pokolenia rozumieją i doceniają wyjątkowość, która czyni ten świat pięknym i ekscytującym".
Rebeka udowodniła nam, że każdy może walczyć o swoje marzenia, bez względu na ograniczenia. Pokazała, że warto spełniać marzenia, przede wszystkim te, do których spełnienia prowadzi długa i kręta droga. Z niepełnosprawności uczyniła ATUT. Ty też tak możesz! Pamiętaj tylko, że każde wyjątkowe marzenie zaczyna się od pierwszego kroku. Nie jesteś sam. Zawsze obok Ciebie jest ktoś kogo możesz poprosić o pomoc. Ludzie z natury są życzliwi i chętnie pomagają. Doskonal swoje umiejętności, wyznaczaj sobie cele, w miarę możliwości pomagaj najbliższym w czynnościach dnia codziennego. Nie zapominaj o rehabilitacji 😊. To ważne!
Pamiętaj, że sukces można odnieść na wybiegach, na scenach sal koncertowych, na deskach teatru, w studiu nagraniowym... Sukces głośny i spektakularny. Sukces ma też inne oblicze. Bo sukcesem jest wszystko to co robimy dobrze i z pasją. Sukces odnosi lekarz, nauczyciel, prawnik i architekt, a także rzemieślnik, krawcowa i Pani ze sklepu za rogiem, kiedy z uśmiechem podaje nam chleb... Bo najważniejsze w życiu to być dobrym człowiekiem i mieć pasję. Być dobrym człowiekiem to wyjątkowe marzenie!

Podobnie jak Rebeka możesz zacząć czynić dobro. Możesz być ambasadorem pięknego projektu. Ambasador projektu "RĘKA 3 D" to brzmi dumnie!
Otwórz ramiona i łap marzenia!


O swoich marzeniach napisz w komentarzu:)

tekst: Bernadeta Łazarska
zdjęcia i filmy: materiały własne Fundacji oraz profile Rebeki Marine w serwisach Twitter i Youtube



wtorek, 4 kwietnia 2017



Prosimy Was o przysyłanie pomysłów na radzenie sobie z ograniczeniami naszych splociaków. Rozwiązań, którymi chcecie podzielić się z innymi rodzicami dzieci niepełnosprawnych.

Dziś przedstawiamy rozwiązanie bardzo poważnego dla wielu z was problemu. 


Jazda na rowerze. 

Tak, nasze splociaki często mają problem z samodzielną jazdą na rowerze. Zbyt słaba ręka nie pozwala na swobodną jazdę na dłuższych odległościach.

Pomysłem na pokonanie tej bariery pochwaliła się mama Sary - siedmiolatki, której nie wystarcza już jazda na podwórku wokół domu.


Jednokołowy, doczepiany rower, który rodzic dołącza pod siodełko swojego okazał się idealnym rozwiązaniem dla Sary i jej rodziców.
W ten sposób powstał tandem na wspólne wyprawy rowerowe, dzięki któremu nasz splociak może jechać razem z rodzicami na wyprawę długą rowerową.

- Sprzęt się sprawdził. Może świadczyć o tym to, że w pierwszy dzień zrobiliśmy 18 kilometrów. Myślę, że Sara sama nie dałaby rady pokonać takiego dystansu (nawet gdyby super jeździła samodzielnie).
Pozdrawiamy Was gorąco i namawiamy rodziców na taki zakup
– napisała mama Sary.


 Zobaczcie pierwsza wyprawę rowerową Sary:

video



wtorek, 27 września 2016

Parę słów o Zosii

Zosia urodziła się w lipcu 2015 roku w Suwałkach. Ważyła 3,900 kg i miała 56 cm.

W czasie porodu doznała urazu splotu ramiennego. Przez błąd ludzki jest niepełnosprawna.

W pierwszej dobie po porodzie poinformowano nas, że Zosia ma porażenie splotu ramiennego typu Erba. Rączka po porodzie była opuchnięta i posiniaczona. Od dziewiątego dnia życia Zosia jest cały czas rehabilitowana. Codziennie ćwiczymy w domu. Chodzimy na fizjoterapię. Regularnie wyjeżdżamy na turnusy rehabilitacyjne. Każdy dzień to ciężka praca nad uzyskaniem jak największej sprawności ręki. To jedyny sposób by pomóc naszej córeczce mieć „dobrą rączkę”.

Zosia od pierwszych dni ma obowiązki. Gdy jej rówieśnicy wesoło bawią się lub smacznie śpią, ona musi mobilizować się do ćwiczeń i poddawać różnym zabiegom.


Minął już ponad rok walki o jak największą sprawność rączki Naszej Córeczki. Każdego dnia intensywnie rehabilitujemy Zosię, mając nadzieję, że ciężka praca nasza i Zosieńki przyniesie efekty. 

Życie całej rodziny podporządkowaliśmy usprawnianiu ręki Córeczki.

Zosia ma trzy letniego braciszka Antosia. Każda dziewczyna marzy o takim starszym bracie jak on. Z wielką czułością opiekuje się swoją małą siostrzyczką. Niezdarnie ale z wielką miłością pomaga jej w najprostszych czynnościach. 
Często mówi: 
- ja jestem STARSZYM bratem i muszę opiekować się Zosią bo ona jest malutka i ma chorą rączkę. 
Niezmiennie gdy słyszę to zdanie bardzo się wzruszam i cieszę, że mam takiego cudownego synka, a Zosia Brata. Brata na którego zawsze będzie mogła liczyć. 

Ostatnio Antek zapytał mnie dlaczego Zosia musi ćwiczyć. Przecież ona tego nie lubi i bardzo płacze. 

Powiedziałam, że ona ma obowiązki i musi ćwiczyć żeby mieć zdrową rączkę. 
I wtedy on powiedział: 
- ja jestem duży mogę rehabilitować się za Zosię bo ona jest malutka i nie lubię jak płacze.

Zosia jest bardzo pogodną dziewczynką, uśmiech nie znika z jej buźki pomimo wyczerpującej pracy jaką codziennie wkłada w usprawnianie ręki. Swoim pozytywnym usposobieniem skrada serca wszystkich ludzi, których spotyka na drodze w walce o silną, zdrową rękę. 


Podziwiam moją córkę za to, że każdego dnia jest wesoła i radosna mimo, tego że musi ciężko pracować nad funkcjonalnością rączki. Jest bardzo dzielna i wytrwała w naszych wspólnych codziennych zmaganiach z fizjoterapią. 

Mieszkamy w krainie jezior. Mamy je na wyciągnięcie ręki. Dlatego całe lato gdy tylko pogoda pozwalała przenosimy nad jezioro ćwiczenia, które zazwyczaj wykonujemy na basenie. Zosia kocha wodę i zajęcia z hydroterapii. Jest jak mała syrenka, najchętniej mieszkałaby w oceanie.
Zosia to uwielbia – duża nieograniczona woda, piasek, słonko i mnóstwo gapiów zachwyconych jej akrobacjami w wodzie. 

Niestety tylko hydroterapia jest tak radośnie przyjmowana przez naszą małą Syrenkę i to nie zawsze. Zosia jest rehabilitowana niemal każdego dnia. Na NFZ niestety nie możemy liczyć. Duże kolejki, mało pieniędzy i ogrom dzieci potrzebujących pomocy. 

Aktualnie przyznano nam 10 zabiegów/10 tyg na koszt NFZ czyli w tygodniu mamy całe pół godziny zajęć ruchowych i to wszystko. 

Dla Zosi to zdecydowanie za mało. 
Dlatego większość kosztów rehabilitacji musimy udźwignąć na własnych barkach. Na początku roku kalendarzowego wystąpiliśmy z prośbą do naszych znajomych i znajomych, znajomych z ogromną prośbą o pomoc w rehabilitacji w postaci przekazania na rzecz Zosieńki 1% podatku. 

Staram się tak organizować czas i budżet naszej rodziny aby Zosia mogła korzystać z profesjonalnej fizjoterapii jak najczęściej. Nie jest to proste. Ale robimy wszystko by sprostać temu zadaniu. Tata Zosi pracuje często ponad siły aby zapewnić nam środki finansowe. Ja natomiast nie mogę pracować, bo rehabilitacja córki pochłania mi cały mój czas. 

Zosia ciężko ćwiczy, płacze, poci się, ale pracuje. Wiele osób dorosłych nie poradziło by sobie z takim wysiłkiem jak ona. Natomiast Zosieńka po skończonej harówce patrzy z sympatią na fizjoterapeutę i z uśmiechem na twarzy przychodzi do mnie bym ją otarła z potu i utuliła. 
Z zajęć wychodzimy zawsze uśmiechnięte i pełne nadziei, że czas spędzony na sali ćwiczeń jest małym kroczkiem ku lepszemu. 
Również każdego dnia w domu usprawniamy rączkę. Ćwiczymy, masujemy, rozciągamy. Wszystko to żeby rączka była jak najbardziej sprawna.

Mimo tego wszystkiego co robiliśmy przez cały rok Zosia nie odzyskała pełnej sprawności w ręce. Potrzebuje operacji, na którą zakwalifikował ją podczas ostatnich konsultacji neurochirurgicznych dr Bahm uznany specjalista neurochirurgii z Niemiec.



Wszystkich, którzy chcieliby nam pomóc zapraszamy  na  www.otwarteramiona.pl



czwartek, 1 września 2016

Nauka pływania a autyzm


Zdjęcie: pixabay.com
Jestem instruktorką pływania zarówno dzieci, dorosłych jak i niemowląt. W ciągu kilku lat trzykrotnie pracowałam w wodzie z dziećmi z autyzmem: 9-letnim Michałem, 11-letnim Antkiem i 3-letnim Adrianem. Nie jestem terapeutką, ale jestem osobą, która obserwuje, słucha i w każdym widzi indywidualny rys. Michał interesował się historią Titanica, dlatego nurkowaliśmy, żeby znaleźć go na dnie basenu. Antek doszedł do etapu samodzielnego pływania na plecach i na brzuchu z deską. Adi uwielbia masaże wodne i skoki.

Autystycy uwielbiają wodę. Pływanie to nie tylko praktyczna nauka samoratownictwa, ale także ćwiczenia psychoruchowe i doskonała zabawa. 
Dzieciaki z zaburzeniami integracji sensorycznej czy nieprawidłowym napięciem mięśniowym w wodzie dodatkowo się rehabilitują. 
Świat pod powierzchnią staje się bajkowy- wszystkie dźwięki i hałasy wytłumiają się, a fale lekko masują ciało... Przy odpowiednim dobraniu ćwiczeń robią postępy niekiedy tak samo szybko jak osoby zdrowe. Zaczynają “czuć wodę” i się na niej utrzymywać, powtarzane na zajęciach ruchy nóg zamieniają się w samodzielne kopanie i poruszanie się w basenie. Austystycy nierzadko są dużo odważniejsi niż ich rówieśnicy, naśladują ruchy i zamieniają się w podwodnych odkrywców wyciągając zabawki z dna. Nauka pływania często działa wyciszająco, a podczas tych kilkudziesięciu minut pracują wszystkie mięśnie, co ułatwia pracę nad umiejętnościami motorycznymi.


Jak wyglądają zajęcia?

Dzieci autystyczne podobnie jak zdrowe warto oswajać z basenem już od najmłodszych lat życia. Polecam regularne dni i godziny zajęć (najlepiej ok 40-minutowe) i wybieranie okresu czasu, kiedy ludzi na basenie jest jak najmniej. Na pierwszą lekcję zapraszam zawsze z rodzicem, a potem rodzic ‘znika’, będąc jednocześnie w pobliżu, co daje poczucie bezpieczeństwa. Ważne jest stopniowe oswajanie z wodą i analiza wszystkich czynników drażniących- kontaktu z chlorem, temperaturą wody itp. Sprawdzam jak dziecko reaguje na mokrą twarz i czy nie boi się głębokości – wszystko w formie zabaw. Jako instruktorka staram się wybadać mocne strony małego pływaka i ćwiczyć je w pierwszej kolejności. Najważniejsze jest dla mnie jednak, żeby po zajęciach dziecko wychodziło z wody z uśmiechem, co w tym przypadku nie jest trudnym zadaniem. W niedalekiej przyszłości marzę o stworzeniu grupy pływackiej dla samych małych autystyków.

Joanna Bielak

www.joannabielak.transalp.pl

wtorek, 16 sierpnia 2016

Historia Wojtka Grzyśki – szczęśliwy finał


Wojtuś jest naszym trzecim dzieckiem. Będąc doświadczoną matką wiedziałam czego mogę się spodziewać w czasie porodu. Niestety moje wcześniejsze doświadczenia z poprzednich porodów okazały się bezużyteczne. Lekarze zlekceważyli wiele symptomów świadczących o tym, że nie wszystko przebiega jak należy. 

Wojtek był za duży, nie był w stanie sam przyjść na świat. W ostatnim momencie lekarze po prostu wyrwali mi Wojtka na świat.


Finał porodu był taki, że Wojtek przyszedł na świat w ciężkiej zamartwicy, z porażeniem prawego splotu ramiennego i wylewem do prawego nadnercza. Po pewnym czasie wylew się wchłonął ale rączka pozostała  nieruchoma.

Gdy Wojtek miał siedem tygodni trafiliśmy do Dziekanowa Leśnego do Pani dr Grodner, wspaniałej fizjoterapeuty, która w swoją pracę wkłada wiele serca. Niestety ćwiczenia nie dawały żadnej poprawy, ręka ani drgnęła. Wojtek został zakwalifikowany do operacji, która miała być jedyną i ostatnią szansą na poprawę sytuacji. Czekając na operację cały czas jeździliśmy na turnusy do Dziekanowa. 



W styczniu 2010 roku byliśmy na kolejnym turnusie rehabilitacyjnym. Stan ręki utrzymywał się bez większych zmian. Wojtek nadal nie zginał ręki w łokciu i nie potrafił jej podnieść. Celem turnusu było zatem utrzymanie ręki w jak najlepszym stanie do operacji, która miała odbyć się pod koniec lutego 2010. Po rehabilitacji w Dziekanowie udaliśmy się jeszcze na serię masaży (10 zabiegów), a po powrocie w domu kontynuowaliśmy naświetlania lampą Bioptron oraz zabiegi stymulatorem nerwów Tens. Zarówno lampa jak i stymulator zostały zakupione dzięki wsparciu Fundacji Otwarte Ramiona, ze środków zgromadzonych na subkoncie Wojtka. Dwa razy w tygodniu Wojtek miał również ćwiczenia z rehabilitantem. Walczyliśmy każdego dnia, pomimo oporów ze strony naszego maluszka, który krzykiem reagował na wszystkie zabiegi. 


W tamtym czasie, wszystko w naszym życiu zeszło na drugi plan i zostało podporządkowane jednemu celowi: uratowaniu ręki Wojtka.


Pod koniec stycznia 2010 roku zaobserwowaliśmy znaczną poprawę kondycji ręki. Dziecko podjęło pierwsze próby podnoszenia jej i zginania. Na konsultacji u dr. Luszawskiego usłyszeliśmy słowa, które rozbudziły w nas wielką nadzieję i dodały sił do codziennej walki, żeby wstrzymać się z operacją i dalej intensywnie rehabilitować. I tak też zrobiliśmy. Kolejne dni i tygodnie intensywnej rehabilitacji, które zostały nagrodzone wielkimi postępami.
15 marca 2010 roku zgłosiliśmy się na konsultację do dr. Gilberta, który przyjechał na zaproszenie Fundacji Otwarte Ramiona do Dziekanowa Leśnego. 



I to właśnie wówczas usłyszeliśmy upragnioną diagnozę: operacja nie będzie potrzebna, stan ręki jest dobry i należy dalej nad nią pracować.


Pomimo znacznej poprawy Wojtek i tak w kwietniu 2010 roku otrzymał orzeczenie o niepełnosprawności. 
My jednak byliśmy świadomi tego, jak daleką drogę przeszliśmy do tej pory i wiedzieliśmy, że z dnia na dzień po prostu musi być coraz lepiej. 
Postanowiliśmy również włączyć do rehabilitacji zajęcia na basenie. I tak, najpierw dwa razy w tygodniu, a potem raz w tygodniu, odbywaliśmy zajęcia indywidualne z rehabilitantem. To była jedyna forma zabiegów, która sprawiała Wojtkowi radość. 

Tylko w czasie ćwiczeń na basenie Wojtek nie płakał.


Kolejny turnus rehabilitacyjny. 
Tym razem nad morzem w Jarosławcu (również dzięki wsparciu Fundacji Otwarte Ramiona) i tam, dziewięciomiesięczny wówczas Wojtek, intensywnie pracował nad przygotowaniem się do raczkowania. Prawa ręka była jednak bardzo słaba i w praktyce wyglądało to tak, że opierał się na lewej ręce i pełzając, ciągnął za sobą prawą. Po powrocie do domu wpadliśmy na pomysł, żeby wychodzić z nim do ogródka i mobilizować go do raczkowania na trawie. Szybko okazało się, że maluchowi przeszkadza trawa i z całej siły próbuje unieść się na dwóch rękach, żeby uniknąć nieprzyjemnych ukłuć.
Oczywiście oprócz naszych ogródkowych spacerków, nadal dwa razy w tygodniu chodziliśmy na ćwiczenia z fizjoterapeutą, raz w tygodniu na basen również pod opieką fizjoterapeuty, a codziennie naświetlaliśmy rękę Bioptronem i stymulowaliśmy aparatem Tens.
W lipcu udaliśmy się na kolejną serię masaży i po nich Wojtek zaczął już pewnie raczkować. 


Od tej chwili ręka zaczęła bardzo mocno wzmacniać się.


Dziecko przemieszczało się najpierw powoli, a potem już bardzo szybko na czworakach. Gołym okiem był widoczny przyrost mięśni na bicepsie. Postęp był naprawdę imponujący. Gdy Wojtek zaczął chodzić, prowadziliśmy go zawsze za prawą rękę, tak, aby wiedział i pamiętał, że jest ona sprawna i może mieć do niej zaufanie.
W ciągu kolejnych kilku miesięcy ręka uzyskała pełen zakres ruchów. Rehabilitacja przybrała formę zabawy, a pływanie na basenie stało się ulubionym zajęciem. I tak jest do dzisiaj.
Prawa ręka jest trochę krótsza i trochę słabsza, ale na tyle mocna, że Wojtek nią pisze, rysuje i bawi się zupełnie normalnie. 


We wrześniu 2016 roku nasz Wojtek rozpoczyna naukę w szkole muzycznej w klasie perkusji. Jeśli mu się spodoba, to być może będzie pierwszym na świecie „splecionym” perkusistą?


Pomimo fatalnych rokowań początkowych, udało nam się uratować sprawność naszego syna.
Jest to zasługa zarówno naszej ogromnej determinacji w walce o dziecko, jak i pomocy bardzo wielu życzliwych ludzi, którzy stanęli w tym trudnym dla nas czasie na naszej drodze. Bez wsparcia Fundacji, tak intensywna rehabilitacja naszego syna byłaby dla nas bardzo trudna albo nawet niemożliwa.
Jako ludzie wierzący w Boga, jesteśmy przekonani, że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo. My nauczyliśmy się dzięki Wojtkowi cenić życie i zdrowie i każdego dnia za nie dziękować. Nauczyliśmy się również tego, że warto walczyć, wierzyć w zwycięstwo i nie poddawać się.
Dziękujemy Fundacji Otwarte Ramiona, wszystkim rehabilitantom, naszym darczyńcom, przyjaciołom i wszystkim, którzy wspierali nas w tym trudnym dla nas czasie. 


DZIĘKUJEMY!!!


PS. Zdecydowaliśmy, aby środki zgromadzone na subkoncie Wojtka przekazać innym podopiecznym Fundacji Otwarte Ramiona.
Myślę, że możemy wspólnie ogłosić wielkie zwycięstwo! Zresztą sami zobaczcie krótki filmik :)

Rodzice Wojtka





piątek, 3 czerwca 2016

Podróż w nieznane czyli pobyt w szpitalu oczami mamy



Przyjechaliśmy do Akwizgranu (Aachen). W recepcji przywitał nas pan, który skierował nas na oddział.
Na oddziale czekała nasza rodaczka, siostra Małgosia. Możliwość porozumiewania się w ojczystym języku bardzo nam ułatwiła załatwienie wszystkich formalności związanych z przyjęciem na  oddział. 
Otrzymaliśmy dokumenty od anestezjologa w języku polskim i udaliśmy się do sali.


Mieliśmy pokój tylko dla siebie. 

Rysio rozejrzał się po sali i zapytał „Mamo a gdzie Twój leżaczek?”, przyzwyczajony do tego, że mama śpi gdzieś w szpitalnym kącie, na leżaczku a tu taki luksus - własne łóżko. W sali była łazienka, lodówka i telewizor.
Dostaliśmy karty jadłospisu. Codziennie mogliśmy wybrać sobie to na co mieliśmy ochotę. Do wyboru mieliśmy sery, wędliny, dżem, kawę lub herbatę. W sali był segregator z menu na dany tydzień. 
Trzy rodzaje menu, A B C, na każdy dzień. 
Wszystko w języku niemieckim, więc bez słownika się nie obyło.
Porcje nie były małe i były bardzo smaczne. Po obiedzie codziennie dostawałam kawę i ciasteczko.
Na oddziale była mała sala zabaw oraz automat z przekąskami.
Dziecko jest z mamą na oddziale, ale osoby towarzyszące mogą wynająć pokój u sióstr zakonnych obok kliniki. 
Koszt pokoju wynosi 20 euro, wyżywienie we własnym zakresie.


Warto zabrać ze sobą całą dokumentację medyczną, najlepiej w języku niemieckim lub angielskim.


Personel szpitala

Personel był miły i pomocny o każdej porze, wystarczył dzwonek i po chwili pielęgniarka już była w sali. Większość personelu mówiła po angielsku. W dniu zabiegu Rysio otrzymał syropek uspokajający i pojechaliśmy na blok operacyjny.
Na bloku czekała na nas pielęgniarka, która była również polką, Pani Agata wszystko tłumaczyła co przekazywał anestezjolog. Czekałam do momentu aż Rysio zasnął, gdy było po zabiegu zadzwonili z bloku na oddział, że mogę przyjść do Rysia i czekać aż się wybudzi.

W sekretariacie była zawsze pomocna pani, która odpowiadała na każde nasze pytania.


Wreszcie - dr Bahm. 

Należy mu się oddzielny rozdział tego wpisu. To złoty człowiek, który jest lekarzem z powołania. Po długiej operacji przyszedł i rozmawiał z nami, odpowiadał na każde pytanie, mimo zmęczenia miał dla nas czas. Ma podejście do rodziców i małych pacjentów, tłumaczył nam wszystko w zrozumiałym dla nas języku a nie używając trudnych terminów medycznych.
Przychodził codziennie sprawdzić jak się czuje jego little boy.


Pobyt w klinice wspominam dobrze, jak tylko dobrze można wspominać pobyt w szpitalu:) Dzięki troskliwej opiece, dobrym warunkom i wspaniałemu specjaliście polecam klinikę w Akwizgranie, jako miejsce gdzie nasze dzieci mogą odzyskiwać częściową sprawność.